wtorek, 5 marca 2013

Prolog


W uszach dudniło mu od wrzasków podjudzanego tłumu i z wycieńczenia. Opluwany, bity, zakurzony i sponiewierany. Ledwo dotarł na wyznaczone miejsce. Jego ludzkie ciało jest wykończone. Upada po raz kolejny pod ciężarem niesionej grubej belki. Tym razem nie będą mu kazali wstać i iść dalej. To nawet lepiej, że leży. Jedynie zdarli z niego suknię, całkiem odzierając go z godności. Żołnierze przymocowali krótszą belkę, którą niósł, do dłuższej zaostrzonej u dołu, by łatwiej wbiła się w ziemię. Jeden z nich kopnął go, aby poturlał się bliżej. Umundurowani rzymianie położyli go na skrzyżowanych belkach i przytrzymali.

Krzyki tłumu ucichły, jakby gdzieś w oddali. Jego umęczone oczy widziały, przez mgłę łez i krwi kapiącej z ran wbijających się w głowę cierni, jak podchodzi żołnierz z wielkim i ciężkim młotem. Widział, jak ten podaje drugiemu potężny żelazny gwóźdź, gruby niczym palec dorosłego mężczyzny. W tej pozornej ciszy i przysłaniającym inne doznania bólu, nagle wszystko jakby zmalało i zniknęło. Cały jego świat skupił się na dotyku zimnego metalu, na maleńkim skrawku jego udręczonego ciała. Miał świadomość co to oznacza. Było to ostrze grzechów ludzi całego świata. Narzędzie żywej ofiary jaką składał z samego siebie. Jego poświęcenie, aby mogli lepiej przeżyć swoje przyszłe życia.

Palące w oczy słońce na ułamek sekundy przesłonił cień podnoszonego młota. W jego metalowej, ciężkiej głowicy błysnął odblask oślepiając go. Wtedy nawet przez zamknięte powieki wyczuł, wręcz nawet zobaczył, opadające narzędzie. W chwili kiedy żelazny grot gwoździa przebijał skórę, mięśnie, ścięgna i zaklinowywał się między kostkami jego nadgarstka, kręgosłup mimowolnie wygiął się z bólu a z wyschniętego gardła wydobył zbolały krzyk. Drugi żołnierz, który trzymał gwóźdź musiał mocniej przytrzymać jego ramię, by nie rozerwał rany udaremniając egzekucję.

Jednak w tym właśnie momencie, w tym trwającym wieki ułamku sekundy potrzebnym do przebicia ludzkiej ręki, wydarzyło się coś jeszcze. Było to zauważalne tylko dla niego. Jego ledwo utrzymywane w górze powieki zatrzasnęły się okrywając go ciemnością i jakby odrywając od tej rzeczywistości. Nie stracił przytomności. Doznał wstrząsającej wizji.

Kropla czarnego atramentu spadła na pożółkły papier. Decyzja zatwierdzająca rozpoczęcie ataku. Ogromne wojsko rycerzy walczących za wiarę. W obronie właściwych wartości. Tysiące litrów krwi przelanych w bitwie o miasto, w którym to wszystko się wydarzyło. Bo tak należy! Trzeba chronić kolebkę swojej wiary. Nie zważając na to, że mieszkały tam setki niewinnych ludzi. Krucjaty. Wojny w imię religii. Czy może zachcianki władców? Szczęk metalu o metal, krzyki…

Wizja zniknęła, a on otworzył gwałtownie oczy sprawiając sobie tym ból na twarzy. Prawie od razu został on zastąpiony pulsowaniem z prawego nadgarstka. Jego krew spływała cienką strużką po skórze i drewnie, po chwili wsiąkając w piach. Znów cień przebiegający przez słońce. Raz. I drugi. Kolejny przeszywający ból. Pogłębiona rana. Spazm wyginający jego ciało. Szarpnięcie i kolejna wizja.

Korytarz pełen szeptów i cieni. Szybki stukot kroków. Błysk srebrnego ostrza. Stłumiony jęk. Ciche morderstwo. Tylko po to, by piąć się wyżej w hierarchii. A potem będziemy wmawiać ludziom, że to była naturalna śmierć. No bo naturalnie nóż w sercu powoduje śmierć… A teraz nasz sojusznik stanie na czele kościoła i wszystko będzie w najlepszym porządku.

Krzyk. Tym razem jego. Wywołany mieszaniną bólu, niepewności, osamotnienia, a może też strachu? To coś na co nie był przygotowany. Zbliżało się ostatnie uderzenie młota w tę rękę. Już prawie nie czuł własnych palców. Tylko wbijającą się dłoń strażnika, chcącą utrzymać go nieruchomo. Trzeci cios dobił gwóźdź do końca. Przebijając belkę na wylot i ostatecznie poszerzając ranę w przegubie. Z powstałej w drewnie dziury wytrysnęła ciemnoczerwona krew. Jego oczy znów się zamknęły.

Ciemność zatęchłej celi. Brzęk kluczy otwierających kratę. Strażnicy wyprowadzający skrępowaną postać z mroku w oślepiające światło, na dziedziniec zamku. Na środku placu stos suchego drewna i gruby pal z kajdanami. Kobieta przywiązywana do pala i obstawiania drwami. Przerażone spojrzenie oskarżonej o czary i herezję. Surowe, niewzruszone oblicze biskupa. Skinienie głową i pochodnia pochłaniająca cały stos. Wiele różnych dziedzińców, mrowie płonących stosów, krzyki…

Jego krzyki były przeszywające. Ramię wygięte i unieruchomione grubym gwoździem. Przyszedł czas na drugą rękę… Jego ciało było zbyt obolałe i wykręcone, by rozciągnąć się do wyznaczonego na przebicie miejsca. Młody strażnik nie mógł sobie poradzić. Starszy sierżant oddziału, obwiązał mu nadgarstek sznurem i pociągnął z całej siły, prawie wyciągając ramię ze stawu, ale za to skutecznie dosięgając wyznaczonego miejsca. Znów dotyk zimnego metalu na gładkiej, brudnej skórze. Lekko drżące dłonie młodego strażnika zdradzają niepewność. Młociarz bierze zamach, lecz przez niego nie trafia w gwóźdź. O cal mija stopę trzymającego linę sierżanta. Zdenerwowany rzymianin zamachnął się i uderzył młodego mężczyznę w twarz. Naciągnął linę wywołując u krzyżowanego kolejną falę bólu. Tym razem pewny uchwyt na gwoździu, szybki zamach, zdecydowane uderzenie. I przeszywający krzyk połączony z głuchym stukotem metalu o drewno. Cienka stróżka krwi w ciszy spływająca po ramieniu.

Eksperyment. Miał być dla dobra ludzkości! Nie możecie tego zrobić! A jednak mogą… Z wynalazku energii atomowej powstała broń. Nuklearna. O potężnym zasięgu. Ktoś się przeciwstawia. Jednostkę można wsadzić do więzienia, ale całą resztę? Dla przykładu zrzućmy na nich bombę. Wielki atomowy rozbłysk. Oślepiające światło, potem potężny huk, na końcu gorący podmuch. I nasz problem znika z powierzchni planety. Możemy iść na kawę…

Jego wycieńczenie pogłębia się. Nawet już nie ma siły opierać się przerażającym, przygnębiającym wizjom. Ma ochotę się rozpłakać, ale jego ciało jest zbyt odwodnione. Suchy szloch tylko szarpie obolałym ciałem. Czemu to tak długo trwa? A może tylko jemu się tak wydaje? Wydawało mu się, że każde widzenie trwa godzinami, a od podniesienia młota do następnego uderzenia mijają wieki. Zbliża się kolejna fala bólu. Ze zrezygnowaniem już się na to przygotował. Wraz z pogłębianiem rany w nadgarstku lewej ręki, napływają kolejne obrazy.

Ja mam rację! Nie biskupi, nie papież, nie inni. Ja wiem lepiej co działo się ponad tysiąc pięćset lat temu i jak to interpretować w naszym życiu . Jeśli nie chcą brać pod uwagę moich słów będziemy walczyć. Trzeba przeprowadzić reformę! Znów poleje się krew. Ale to nic. Później wszystko będzie dobrze, musimy tylko wprowadzić kilka poprawek. A jak za mną pójdą inni tworząc swoje odłamy, to już nie mój problem. Ja pierwszy zrozumiałem jak powinien wyglądać świat i ci co pójdą za moim przykładem będę się radować wiecznością.

Łepek gwoździa wrzyna się w jego ciało, przytrzymując w miejscu, wiążąc z belką. Jego ciężki oddech jest krótki i urywany. Ma chwilę odpoczynku. Jego rozciągnięte ramiona nawet przestały już boleć. Ból był tak ogromny, że wychodził poza ramy czucia ludzkiego ciała. Jeszcze jeden gwóźdź i koniec. I zawiśnie na specjalnie przygotowanych kawałkach drewna. Kiedyś były żywym drzewem, teraz są martwe. Tak jak on będzie już niedługo. Czuje jak młody żołnierz stawia pod nim spory drewniany klocek. Układa na nim jego prawie bezwładne stopy. Jedna na drugiej. W dotyku drżących dłoni wyczuwa bojaźń. Wie, że temu młodzieńcowi nie podoba się ta praca. Nie tak wyobrażał sobie sławę rzymskiego żołnierza. Przytrzymuje go silnie, lecz bez zbędnego okrucieństwa. Nie chce być takim bezwzględnym brutalem jak starsi oficerowie.

Będzie im potrzebny spory gwóźdź… Młodzieniec bierze od młociarza ostatni element potrzebny do ukrzyżowania tego człowieka. Potężny żelazny kołek mający przebić dwie złączone stopy i wbić się na tyle głęboko w drewniany kołek i belkę, aby wszystko się trzymało. Kolejny zamach i uderzenie. Młot osunął się, wykrzywiając gwóźdź i przebijając  tylko jedną stopę, ledwo ocierając się o drugą. Głośne przekleństwo i szarpnięcie przebitego miejsca nie pozwoliło mu zamknąć oczu i choć na chwilę odpłynąć od tego bólu w kolejną wizję, która też przynosiła cierpienie, ale na szczęście już nie fizyczne. Słyszy, że młot był za lekki. Przynoszą inny, trzy razy większy. Wydaje się, że jego kat ledwo go podnosi. Na próbę bierze zamach i uderza w belkę poniżej jego stóp. Cios jest tak potężny, że wprawia w drżenie cały krzyż. Jego ciało przymocowane do niego odpowiada promieniującym bólem w każdym możliwym zakamarku. Rozlega się szyderczy śmiech radości z katowania innego człowieka. Czuje jak jego stopy są znów układane na wyznaczonym miejscu, a wbity do połowy gwóźdź, boleśnie poruszany w ranie i ustawiany pod odpowiednim kątem do wbicia. To będzie najgorsze… I nadchodzi… Stęknięcie podnoszącego młot, cień migający na tle słońca, głuche uderzenie metalu o metal i mlaszczący chrzęst przechodzenia przez mięso i kości oraz skrzypnięcie przebijanego kołka. Przeszywający, choć słaby i charczący krzyk…

To było jak szybkie przewijanie filmu na podglądzie. Sceny z całej historii świata, który miał stać się lepszy dzięki wierze. Od najwcześniejszych bitew o wiarę, kłótni różnych wyznań i odłamów, poprzez przekupstwo i kłamstwa, wykorzystywanie ślepej wiary i strachu, aby na tym zarobić sprzedając fałszywe relikwie i odpusty. Manifestacje i kłótnie polityczne, że niby wiara ogranicza wolność człowieka, że nie pozwala być sobą, podążać za własnymi przekonaniami. Wojny, już nie ważne religijne czy nie, niech pionki w coś sobie wierzą, że niby to w wyższej intencji dobra ogółu, a szefostwo ma swoje korzyści. Krzyż stał się niewiele znaczącym symbolem czegoś co było bardzo dawno temu. Czy ktoś jeszcze w ogóle pamięta jego prawdziwy sens? Niech sobie tam wisi gdzieś na ścianie, byle mały i słabo widoczny.

To się nazywa raz a porządnie. Metalowy kołek przebił obie stopy i wbił się w klocek za pierwszym razem. Krew trysnęła z rany na młodego żołnierza i popłynęła po drewnianej belce w dół, wsiąkając w ziemię. Dla krzyżowanego to koniec, nie ma już żadnej możliwości ucieczki. Jeszcze tylko zabezpieczenie podstawki przed osuwaniem się z pionowej belki, więc trzeba wbić kilka dodatkowych gwoździ. Kat już cieszy się na zadawanie dodatkowego bólu skazańcowi. Młody rzymianin odszedł sztywno od miejsca katuszy w najbliższe krzaki i zwymiotował. To była jego pierwsza egzekucja, przy której pomagał, ale nie pierwsza, którą widział. Nie spodziewał się takiej reakcji swojego organizmu. Czuł, że tak nie powinno być.

Młociarz roześmiał się na widok nowicjusza i wziął się za stabilizację klocka. Trzeba było wbić jeszcze co najmniej dwa gwoździe, aby się nie osunął. Należy jednak uważać, by nie trafić w kołek przebijający stopy. Każde uderzenie, chociaż nie trafiało bezpośrednio w skazańca, odbijało się boleśnie w jego ciele związanym nieruchomo z krzyżem. Gdy skończył trzeba było go podnieść. Do tego musiało było zaangażowanych więcej osób. Obwiązali grubymi sznurami poziomą belkę krzyża i nakierowali go na wykopany wcześniej dołek, aby łatwiej utrzymać pion. Kilku silnych mężczyzn zaczęło podnosić krzyż, reszta podciągała go linami. W końcu drewniana konstrukcja z umocowanym skazańcem wpadła na dno dziury, ciężko odbijając się od dna. Ukrzyżowanym wstrząsnęło szarpiąc jego rany. Usłyszał tylko mrożący krew śmiech okrucieństwa żołnierza wykonującego wyrok. Z jego ust, myśli, serca i duszy wydarł się niemy krzyk „NIE!”.

W tej sekundzie czas jakby się zatrzymał. On już nie był ukrzyżowanym skazańcem. Był obserwatorem. Spoglądał na cień swojej sylwetki, niby jeszcze wiszący na krzyżu i dwie sąsiednie postacie dzielące ten sam los. Wszystko zastygło w jego myśli. Wiedział, że musi tak postąpić, ale już nie był pewny czy to ma sens. To co zobaczył w tych osobliwych wizjach sprawiło, że nabrał wątpliwości. Nie powinien ich mieć. Skąd się wzięły? Nie taki był plan. A może był?

Dał sobie chwilę na przemyślenia. Może ludzie poradzą sobie bez niego? Świat i tak będzie krwawy, nawet jeśli da ludziom nadzieję na lepsze życie po śmierci. A gdyby jego imię miało być wymówką do mordowania innych, często błędnie skazywanych przez zaślepienie wysoko postawionych osobistości, nie zniósłby tego. I tak grzeszność ludzi przeszłych i przyszłych prawie go zmogła. Spojrzał na niebiosa, które zaszły ciężkimi burzowymi chmurami. Przeniósł wzrok na swoje na wieki przekłute dłonie i stopy, z których jeszcze delikatnie sączyła się boska krew.

W ciszy zatrzymanego czasu ledwo słyszalny szept zabrzmiał jak grzmot.

- Niech mają swoją szansę. Tym razem ode mnie… Zapamiętają moje słowa i będą nimi żyć. Ja nie mogę tam wrócić – spojrzał na niewielki pagórek i krzyże. – Niech to się nie wydarzy. Wybacz mi Ojcze…

Ostatnie słowo porwał zrywający się wiatr zmienianej historii świata. Zawirował na całej planecie i zaczął pisać wszystko od nowa. Skazaniec odwrócił się nie zważając na gniewne grzmoty z niebios. Swoją mocą uwięził ten moment historii, jakby w bańce czasowej. Nikt nie będzie mógł znaleźć tego miejsca, tylko on sam gdyby chciał dalej podążyć tą drogą. Gdyby ludzkości się jednak nie udało i musiałby to naprawić. Miał wiarę, że im się uda, że nigdy nie będzie musiał znów oglądać tego miejsca. Jednak to łączy się z tym, że nie będzie mógł nigdy więcej zobaczyć swego Ojca. Rzucił ostatnie smutne spojrzenie w stronę znikającego we mgle wzgórza. Odszedł w nieznane, dotąd niespisane przeznaczenie swojego wiecznego życia na ziemi.

poniedziałek, 4 marca 2013

Hmm....

Tak się  zastanawiam czy wrzucić tu fragment powstającej prozy... Nie zawsze mi wychodzi pisanie ścisłych tekstów, więc nie wiem czy powstanie coś więcej. Z kolei nie mając pewności czy ta historia jest dobra po co dalej na siłę ją tworzyć? Jak myślisz, warto?