W uszach dudniło mu od wrzasków podjudzanego tłumu i z
wycieńczenia. Opluwany, bity, zakurzony i sponiewierany. Ledwo dotarł na
wyznaczone miejsce. Jego ludzkie ciało jest wykończone. Upada po raz kolejny
pod ciężarem niesionej grubej belki. Tym razem nie będą mu kazali wstać i iść
dalej. To nawet lepiej, że leży. Jedynie zdarli z niego suknię, całkiem
odzierając go z godności. Żołnierze przymocowali krótszą belkę, którą niósł, do
dłuższej zaostrzonej u dołu, by łatwiej wbiła się w ziemię. Jeden z nich kopnął
go, aby poturlał się bliżej. Umundurowani rzymianie położyli go na
skrzyżowanych belkach i przytrzymali.
Krzyki tłumu ucichły, jakby gdzieś w oddali. Jego umęczone
oczy widziały, przez mgłę łez i krwi kapiącej z ran wbijających się w głowę
cierni, jak podchodzi żołnierz z wielkim i ciężkim młotem. Widział, jak ten
podaje drugiemu potężny żelazny gwóźdź, gruby niczym palec dorosłego mężczyzny.
W tej pozornej ciszy i przysłaniającym inne doznania bólu, nagle wszystko jakby
zmalało i zniknęło. Cały jego świat skupił się na dotyku zimnego metalu, na
maleńkim skrawku jego udręczonego ciała. Miał świadomość co to oznacza. Było to
ostrze grzechów ludzi całego świata. Narzędzie żywej ofiary jaką składał z
samego siebie. Jego poświęcenie, aby mogli lepiej przeżyć swoje przyszłe życia.
Palące w oczy słońce na ułamek sekundy przesłonił cień
podnoszonego młota. W jego metalowej, ciężkiej głowicy błysnął odblask
oślepiając go. Wtedy nawet przez zamknięte powieki wyczuł, wręcz nawet
zobaczył, opadające narzędzie. W chwili kiedy żelazny grot gwoździa przebijał skórę,
mięśnie, ścięgna i zaklinowywał się między kostkami jego nadgarstka, kręgosłup
mimowolnie wygiął się z bólu a z wyschniętego gardła wydobył zbolały krzyk.
Drugi żołnierz, który trzymał gwóźdź musiał mocniej przytrzymać jego ramię, by
nie rozerwał rany udaremniając egzekucję.
Jednak w tym właśnie momencie, w tym trwającym wieki ułamku
sekundy potrzebnym do przebicia ludzkiej ręki, wydarzyło się coś jeszcze. Było
to zauważalne tylko dla niego. Jego ledwo utrzymywane w górze powieki
zatrzasnęły się okrywając go ciemnością i jakby odrywając od tej
rzeczywistości. Nie stracił przytomności. Doznał wstrząsającej wizji.
Kropla czarnego
atramentu spadła na pożółkły papier. Decyzja zatwierdzająca rozpoczęcie ataku.
Ogromne wojsko rycerzy walczących za wiarę. W obronie właściwych wartości.
Tysiące litrów krwi przelanych w bitwie o miasto, w którym to wszystko się
wydarzyło. Bo tak należy! Trzeba chronić kolebkę swojej wiary. Nie zważając na
to, że mieszkały tam setki niewinnych ludzi. Krucjaty. Wojny w imię religii.
Czy może zachcianki władców? Szczęk metalu o metal, krzyki…
Wizja zniknęła, a on otworzył gwałtownie oczy sprawiając
sobie tym ból na twarzy. Prawie od razu został on zastąpiony pulsowaniem z
prawego nadgarstka. Jego krew spływała cienką strużką po skórze i drewnie, po
chwili wsiąkając w piach. Znów cień przebiegający przez słońce. Raz. I drugi.
Kolejny przeszywający ból. Pogłębiona rana. Spazm wyginający jego ciało.
Szarpnięcie i kolejna wizja.
Korytarz pełen szeptów
i cieni. Szybki stukot kroków. Błysk srebrnego ostrza. Stłumiony jęk. Ciche
morderstwo. Tylko po to, by piąć się wyżej w hierarchii. A potem będziemy
wmawiać ludziom, że to była naturalna śmierć. No bo naturalnie nóż w sercu
powoduje śmierć… A teraz nasz sojusznik stanie na czele kościoła i wszystko
będzie w najlepszym porządku.
Krzyk. Tym razem jego. Wywołany mieszaniną bólu,
niepewności, osamotnienia, a może też strachu? To coś na co nie był
przygotowany. Zbliżało się ostatnie uderzenie młota w tę rękę. Już prawie nie
czuł własnych palców. Tylko wbijającą się dłoń strażnika, chcącą utrzymać go
nieruchomo. Trzeci cios dobił gwóźdź do końca. Przebijając belkę na wylot i
ostatecznie poszerzając ranę w przegubie. Z powstałej w drewnie dziury wytrysnęła
ciemnoczerwona krew. Jego oczy znów się zamknęły.
Ciemność zatęchłej
celi. Brzęk kluczy otwierających kratę. Strażnicy wyprowadzający skrępowaną
postać z mroku w oślepiające światło, na dziedziniec zamku. Na środku placu
stos suchego drewna i gruby pal z kajdanami. Kobieta przywiązywana do pala i
obstawiania drwami. Przerażone spojrzenie oskarżonej o czary i herezję. Surowe,
niewzruszone oblicze biskupa. Skinienie głową i pochodnia pochłaniająca cały
stos. Wiele różnych dziedzińców, mrowie płonących stosów, krzyki…
Jego krzyki były przeszywające. Ramię wygięte i
unieruchomione grubym gwoździem. Przyszedł czas na drugą rękę… Jego ciało było
zbyt obolałe i wykręcone, by rozciągnąć się do wyznaczonego na przebicie
miejsca. Młody strażnik nie mógł sobie poradzić. Starszy sierżant oddziału,
obwiązał mu nadgarstek sznurem i pociągnął z całej siły, prawie wyciągając
ramię ze stawu, ale za to skutecznie dosięgając wyznaczonego miejsca. Znów
dotyk zimnego metalu na gładkiej, brudnej skórze. Lekko drżące dłonie młodego
strażnika zdradzają niepewność. Młociarz bierze zamach, lecz przez niego nie
trafia w gwóźdź. O cal mija stopę trzymającego linę sierżanta. Zdenerwowany
rzymianin zamachnął się i uderzył młodego mężczyznę w twarz. Naciągnął linę
wywołując u krzyżowanego kolejną falę bólu. Tym razem pewny uchwyt na gwoździu,
szybki zamach, zdecydowane uderzenie. I przeszywający krzyk połączony z głuchym
stukotem metalu o drewno. Cienka stróżka krwi w ciszy spływająca po ramieniu.
Eksperyment. Miał być
dla dobra ludzkości! Nie możecie tego zrobić! A jednak mogą… Z wynalazku
energii atomowej powstała broń. Nuklearna. O potężnym zasięgu. Ktoś się
przeciwstawia. Jednostkę można wsadzić do więzienia, ale całą resztę? Dla
przykładu zrzućmy na nich bombę. Wielki atomowy rozbłysk. Oślepiające światło,
potem potężny huk, na końcu gorący podmuch. I nasz problem znika z powierzchni
planety. Możemy iść na kawę…
Jego wycieńczenie pogłębia się. Nawet już nie ma siły
opierać się przerażającym, przygnębiającym wizjom. Ma ochotę się rozpłakać, ale
jego ciało jest zbyt odwodnione. Suchy szloch tylko szarpie obolałym ciałem. Czemu
to tak długo trwa? A może tylko jemu się tak wydaje? Wydawało mu się, że każde
widzenie trwa godzinami, a od podniesienia młota do następnego uderzenia mijają
wieki. Zbliża się kolejna fala bólu. Ze zrezygnowaniem już się na to
przygotował. Wraz z pogłębianiem rany w nadgarstku lewej ręki, napływają
kolejne obrazy.
Ja mam rację! Nie
biskupi, nie papież, nie inni. Ja wiem lepiej co działo się ponad tysiąc
pięćset lat temu i jak to interpretować w naszym życiu . Jeśli nie chcą brać
pod uwagę moich słów będziemy walczyć. Trzeba przeprowadzić reformę! Znów
poleje się krew. Ale to nic. Później wszystko będzie dobrze, musimy tylko
wprowadzić kilka poprawek. A jak za mną pójdą inni tworząc swoje odłamy, to już
nie mój problem. Ja pierwszy zrozumiałem jak powinien wyglądać świat i ci co
pójdą za moim przykładem będę się radować wiecznością.
Łepek gwoździa wrzyna się w jego ciało, przytrzymując w
miejscu, wiążąc z belką. Jego ciężki oddech jest krótki i urywany. Ma chwilę
odpoczynku. Jego rozciągnięte ramiona nawet przestały już boleć. Ból był tak
ogromny, że wychodził poza ramy czucia ludzkiego ciała. Jeszcze jeden gwóźdź i
koniec. I zawiśnie na specjalnie przygotowanych kawałkach drewna. Kiedyś były
żywym drzewem, teraz są martwe. Tak jak on będzie już niedługo. Czuje jak młody
żołnierz stawia pod nim spory drewniany klocek. Układa na nim jego prawie
bezwładne stopy. Jedna na drugiej. W dotyku drżących dłoni wyczuwa bojaźń. Wie,
że temu młodzieńcowi nie podoba się ta praca. Nie tak wyobrażał sobie sławę
rzymskiego żołnierza. Przytrzymuje go silnie, lecz bez zbędnego okrucieństwa.
Nie chce być takim bezwzględnym brutalem jak starsi oficerowie.
Będzie im potrzebny spory gwóźdź… Młodzieniec bierze od
młociarza ostatni element potrzebny do ukrzyżowania tego człowieka. Potężny
żelazny kołek mający przebić dwie złączone stopy i wbić się na tyle głęboko w
drewniany kołek i belkę, aby wszystko się trzymało. Kolejny zamach i uderzenie.
Młot osunął się, wykrzywiając gwóźdź i przebijając tylko jedną stopę, ledwo ocierając się o
drugą. Głośne przekleństwo i szarpnięcie przebitego miejsca nie pozwoliło mu
zamknąć oczu i choć na chwilę odpłynąć od tego bólu w kolejną wizję, która też
przynosiła cierpienie, ale na szczęście już nie fizyczne. Słyszy, że młot był
za lekki. Przynoszą inny, trzy razy większy. Wydaje się, że jego kat ledwo go
podnosi. Na próbę bierze zamach i uderza w belkę poniżej jego stóp. Cios jest
tak potężny, że wprawia w drżenie cały krzyż. Jego ciało przymocowane do niego
odpowiada promieniującym bólem w każdym możliwym zakamarku. Rozlega się
szyderczy śmiech radości z katowania innego człowieka. Czuje jak jego stopy są
znów układane na wyznaczonym miejscu, a wbity do połowy gwóźdź, boleśnie
poruszany w ranie i ustawiany pod odpowiednim kątem do wbicia. To będzie
najgorsze… I nadchodzi… Stęknięcie podnoszącego młot, cień migający na tle
słońca, głuche uderzenie metalu o metal i mlaszczący chrzęst przechodzenia
przez mięso i kości oraz skrzypnięcie przebijanego kołka. Przeszywający, choć
słaby i charczący krzyk…
To było jak szybkie
przewijanie filmu na podglądzie. Sceny z całej historii świata, który miał stać
się lepszy dzięki wierze. Od najwcześniejszych bitew o wiarę, kłótni różnych
wyznań i odłamów, poprzez przekupstwo i kłamstwa, wykorzystywanie ślepej wiary
i strachu, aby na tym zarobić sprzedając fałszywe relikwie i odpusty.
Manifestacje i kłótnie polityczne, że niby wiara ogranicza wolność człowieka,
że nie pozwala być sobą, podążać za własnymi przekonaniami. Wojny, już nie
ważne religijne czy nie, niech pionki w coś sobie wierzą, że niby to w wyższej
intencji dobra ogółu, a szefostwo ma swoje korzyści. Krzyż stał się niewiele
znaczącym symbolem czegoś co było bardzo dawno temu. Czy ktoś jeszcze w ogóle
pamięta jego prawdziwy sens? Niech sobie tam wisi gdzieś na ścianie, byle mały
i słabo widoczny.
To się nazywa raz a porządnie. Metalowy kołek przebił obie
stopy i wbił się w klocek za pierwszym razem. Krew trysnęła z rany na młodego
żołnierza i popłynęła po drewnianej belce w dół, wsiąkając w ziemię. Dla
krzyżowanego to koniec, nie ma już żadnej możliwości ucieczki. Jeszcze tylko zabezpieczenie
podstawki przed osuwaniem się z pionowej belki, więc trzeba wbić kilka
dodatkowych gwoździ. Kat już cieszy się na zadawanie dodatkowego bólu
skazańcowi. Młody rzymianin odszedł sztywno od miejsca katuszy w najbliższe
krzaki i zwymiotował. To była jego pierwsza egzekucja, przy której pomagał, ale
nie pierwsza, którą widział. Nie spodziewał się takiej reakcji swojego
organizmu. Czuł, że tak nie powinno być.
Młociarz roześmiał się na widok nowicjusza i wziął się za
stabilizację klocka. Trzeba było wbić jeszcze co najmniej dwa gwoździe, aby się
nie osunął. Należy jednak uważać, by nie trafić w kołek przebijający stopy.
Każde uderzenie, chociaż nie trafiało bezpośrednio w skazańca, odbijało się
boleśnie w jego ciele związanym nieruchomo z krzyżem. Gdy skończył trzeba było
go podnieść. Do tego musiało było zaangażowanych więcej osób. Obwiązali grubymi
sznurami poziomą belkę krzyża i nakierowali go na wykopany wcześniej dołek, aby
łatwiej utrzymać pion. Kilku silnych mężczyzn zaczęło podnosić krzyż, reszta
podciągała go linami. W końcu drewniana konstrukcja z umocowanym skazańcem
wpadła na dno dziury, ciężko odbijając się od dna. Ukrzyżowanym wstrząsnęło
szarpiąc jego rany. Usłyszał tylko mrożący krew śmiech okrucieństwa żołnierza
wykonującego wyrok. Z jego ust, myśli, serca i duszy wydarł się niemy krzyk
„NIE!”.
W tej sekundzie czas jakby się zatrzymał. On już nie był
ukrzyżowanym skazańcem. Był obserwatorem. Spoglądał na cień swojej sylwetki,
niby jeszcze wiszący na krzyżu i dwie sąsiednie postacie dzielące ten sam los.
Wszystko zastygło w jego myśli. Wiedział, że musi tak postąpić, ale już nie był
pewny czy to ma sens. To co zobaczył w tych osobliwych wizjach sprawiło, że
nabrał wątpliwości. Nie powinien ich mieć. Skąd się wzięły? Nie taki był plan.
A może był?
Dał sobie chwilę na przemyślenia. Może ludzie poradzą sobie
bez niego? Świat i tak będzie krwawy, nawet jeśli da ludziom nadzieję na lepsze
życie po śmierci. A gdyby jego imię miało być wymówką do mordowania innych,
często błędnie skazywanych przez zaślepienie wysoko postawionych osobistości,
nie zniósłby tego. I tak grzeszność ludzi przeszłych i przyszłych prawie go
zmogła. Spojrzał na niebiosa, które zaszły ciężkimi burzowymi chmurami.
Przeniósł wzrok na swoje na wieki przekłute dłonie i stopy, z których jeszcze
delikatnie sączyła się boska krew.
W ciszy zatrzymanego czasu ledwo słyszalny szept zabrzmiał
jak grzmot.
- Niech mają swoją szansę. Tym razem ode mnie… Zapamiętają
moje słowa i będą nimi żyć. Ja nie mogę tam wrócić – spojrzał na niewielki
pagórek i krzyże. – Niech to się nie wydarzy. Wybacz mi Ojcze…
Ostatnie słowo porwał zrywający się wiatr zmienianej
historii świata. Zawirował na całej planecie i zaczął pisać wszystko od nowa.
Skazaniec odwrócił się nie zważając na gniewne grzmoty z niebios. Swoją mocą
uwięził ten moment historii, jakby w bańce czasowej. Nikt nie będzie mógł
znaleźć tego miejsca, tylko on sam gdyby chciał dalej podążyć tą drogą. Gdyby
ludzkości się jednak nie udało i musiałby to naprawić. Miał wiarę, że im się
uda, że nigdy nie będzie musiał znów oglądać tego miejsca. Jednak to łączy się
z tym, że nie będzie mógł nigdy więcej zobaczyć swego Ojca. Rzucił ostatnie
smutne spojrzenie w stronę znikającego we mgle wzgórza. Odszedł w nieznane,
dotąd niespisane przeznaczenie swojego wiecznego życia na ziemi.