Wieczorna ucieczka
„Muszę się wyrwać. Odpocząć,
pomyśleć…”
Jak pomyślała, tak zrobiła.
Iness wyjrzała cicho na korytarz. Nigdzie nie było widać czarodzieja, ani tego
dziwnego kota. Ostrożnie zamknęła drzwi do swojego pokoju i podkradła się do
wyjścia. Wymknęła się na dwór. Był zmierzch. Widoczność nie była jeszcze taka
zła, ale niedługo będzie całkiem ciemno. Przebiegła na palcach za tył domu
uważając na okna. Pamiętała z ostatniego spaceru z magiem, że było tam
przejście między drzewami do zamku, a stamtąd było blisko do bocznego wyjścia z
miasta.
Doszła do rzeźbionego łuku z
wierzbową zasłoną, odgarnęła liście. Przed jej oczami pojawiła się ściana zamku
i drewniane drzwi. Dziewczyna upewniła się, że w pasku na udzie ma swój sztylet
– tak na wszelki wypadek – jak zwykła mawiać. Dostała się tamtędy na korytarz w
zewnętrznym murze zamku. Pobiegła w lewo, aż dotarła do kolejnego przejścia.
Tym razem prowadziło ono poza miasto. Niestety przez wieżę strażniczą.
Uchyliła drzwi i zajrzała do
środka. W pobliżu nikogo nie widziała, więc weszła, dokładnie zamykając wrota.
Najciszej jak tylko mogła przekradła się za stojącą przy załomie ściany beczkę.
Gdy zza niej wyjrzała, dostrzegła dwóch strażników siedzących przy stoliku w
kącie. Chyba mieli przerwę, bo rozmawiali wesoło popijając ze wspólnego dzbana.
Iness zlokalizowała drzwi wyjściowe naprzeciwko miejsca, w którym siedziała.
Jednak aby tam dotrzeć musiała przejść przez nie osłoniętą część pomieszczenia
tym samym narażając się na wykrycie.
Po paru minutach jeden z
pijących mężczyzn powiedział coś co uważał za wielce zabawne i aż położył się
na stole drżąc ze śmiechu. Jego towarzysz wykorzystał tę chwilową nieuwagę
pociągając długi łyk z dzbana. Dostrzegając swoją szansę, Iness pochylona
podbiegła do drzwi i wyślizgnęła się na zewnątrz.
Wciągnęła do płuc świeże
wieczorne powietrze i rozejrzała się. Po zboczu niewielkiego pagórka, wiła się
stąd ścieżka prowadząca do szerszego traktu obiegającego miasto. Iness zbiegła
w dół chichocząc cicho i ciesząc się chwilą wolności. Poszła kawałek na wschód
oddalając się od wieży. Po lewej zaczynał się las. Im dalej szła traktem, tym
gęściej rosły drzewa. W końcu widziała już tylko ciemny, nieprzenikniony pas o
nieregularnych kształtach na horyzoncie.
Znalazła wąską ledwo widoczną
ścieżkę prowadzącą między drzewa. Robiło się coraz ciemniej, ale potrzeba
zgubienia z widoku zamku i myśli o czekającej na nią pracy w środku, pchała ją
do przodu. Zbliżająca się noc nie była zimna, lecz wilgotne powietrze chłodziło
cienko ubraną dziewczynę. Iness minęła pierwsze wysokie drzewa i pogrążyła się
w jeszcze gęstszym mroku. Ogarnęła ją cisza.
Przypomniała sobie dzień, w którym tu trafiła.
Też szła przez las, robiło się ciemno, tylko było o wiele chłodniej – panowała
zima. Może podświadomie liczyła na to, że znów trafi na portal, którym wróci do
domu? Podobała jej się nauka magii i ta cała szopka wokół, ale chwilami miała
już tego dosyć. Wrzeszczący na nią za każdym razem, gdy jej nic nie wychodziło,
czarodziej nie był zbyt motywujący. Ludzie też dziwnie się na nią patrzyli w
ciągu tych nielicznych wypraw poza oazę Feligora. Uparła się przy swoim stylu,
więc nadal chodziła w spodniach i nosiła krótką fryzurę, co nie podobało się
wielu mieszkańcom, szczególnie kobietom. Było to jednak bardzo praktyczne i
ułatwiało codzienne ćwiczenia. Chyba by zwariowała, gdyby musiała biegać
wszędzie w sukniach albo spódnicach.
Pogrążona w myślach nie
zauważyła nawet jak daleko dotarła.
„Zgubiłam się? Zajebiście…”
Wyrwała się z zamyślenia i
rozejrzała dookoła. Było już całkiem ciemno. Nie widziała już miasta, ani nawet
jakiegoś prześwitu między drzewami. Nie miałaby takiego problemu, gdyby
widziała chociaż ścieżkę. Widocznie musiała ona gdzieś skręcać, bo idąc prosto
straciła ją z pola widzenia. W ciszy zakłócanej jedynie szumem liści nad głową
dosłyszała cichy plusk wody. Mógł to być jakiś dopływ rzeki przechodzącej przez
miasto, więc postanowiła iść jego śladem.
Strumyk nie był zbyt szeroki,
ale to wystarczało, by pomiędzy drzewami dotarło do niego światło gwiazd i
rosnącego księżyca. Iness musiała dosyć długo błądzić po lesie zanim się
ocknęła, ponieważ czuła się trochę zmęczona. Usiadła nad brzegiem, opierając
się o najbliższe drzewo. Wpatrywała się w gwiazdy. Jakże inne one były… Nie
widziała żadnego znanego jej gwiazdozbioru, choć trochę tego było. Astronomia
to była jedna z jej pasji.
Nagle usłyszała za sobą trzask
gałązek i cichy szelest liści. W tym momencie dziękowała w myślach za godziny
ćwiczeń z magiem, które miały wyostrzyć jej zmysły. Wysunęła sztylet i
przykucnęła w pogotowiu. Kątem oka dostrzegła ruch gdzieś na prawo od siebie.
Przesunęła się za pień, by zyskać choć minimalną osłonę. Wyjrzała zza drzewa.
Dostrzegła kontur wielkiej szerokiej postaci pochylonej nad strumieniem.
„Ork?” – spojrzała krytycznie
na swój sztylet.
„Dobra, może mnie nie
zauważy…”
Kiedy znów wyjrzała zza pnia
pojawił się drugi cień. Towarzysz stwora.
„Nie jest jeszcze najgorzej…”
W tym momencie pojawiła się
trzecia sylwetka. Nie był to żaden humanoid. Ale nie było to też normalne
zwierzę. Kształtem przypominało psa, lecz było o wiele większe…
„Worg! Kurwa worg!”
Tak, to był worg – czyli
wielki wilk. Te dwie rasy czasami się ze sobą sprzymierzały. Jednak Iness
zdziwiła się, że przebywają tak blisko dużego miasta. No chyba, że gdzieś w
pobliżu jest ich więcej…
„No to mam przesrane… Jak mnie
wyczują jestem trupem!”
Dziewczyna myślała gorączkowo
co zrobić. Mogła spróbować oddalić się od przeciwników zanim ją zauważą, ale
czuły słuch wielkiego zwierzęcia był sporą przeszkodą. Nie mogła jednak zostać
w ukryciu, bo wiedziała, że w końcu wilk ją wyczuje i znajdzie. Walczyć? Z
niewielkim sztyletem na trzech przeciwników nie miała większych szans.
W końcu usłyszała dźwięk,
którego się obawiała. Wynaturzony pies zaczął warczeć – wyczuł intruza. Iness
nie miała wyjścia, musiała stanąć do walki. I tak by nie uciekła, worg by ją
doścignął nawet jeśli byłaby dobrą biegaczką. A nie była… Zaczekała aż któryś z
głupich orków się zbliży. Gdy usłyszała kroki tuż obok siebie, podniosła się i
korzystając z pnia, okręciła się dookoła wyskakując za bestią i wbijając jej
sztylet w kark. Usłyszała bulgoczący dźwięk dławiącego się własną krwią orka.
Kiedy stwór upadł na ziemię twarzą w piasek, Iness schyliła się, by wyciągnąć
sztylet. Niestety broń utknęła między kręgami. Za nią czaił się już wielki
wilk. Wybił się do skoku by powalić ją na ziemię i zagryźć. Jednak w połowie
lotu w jego boku wylądowała strzała z drżącym, niebieskim pióropuszem.
Worg zwalił się ciężko na
ziemię, sapiąc. Pozostały ork zdziwiony zaszarżował w stronę dziewczyny. Iness
próbowała się skupić, by wywołać chociaż małą kulę ognia, co za pewne
skutecznie przegoniło by stwora. Zawsze się dziwiła, że bohaterowie książek i
filmów w najgorszym momencie nie potrafią zebrać się w sobie na zrobienie
czegoś niezbędnego w danej sytuacji. Teraz sama nie mogła zebrać myśli, by
rzucić jeden z najprostszych czarów jakie dotąd poznała.
W piersi biegnącego orka
wylądowała kolejna strzała. Niestety to go nie zatrzymało. Iness odwróciła się
i zaczęła biec. Po chwili usłyszała mokre mlaśnięcie i jęk. Zatrzymała się i
zerknęła za siebie. Przed zastygłym w połowie kroku orkiem stała ciemna postać
w kapturze, wyciągając zakrwawiony miecz z ciała umierającego stwora. Nowa postać odwróciła
się spoglądając na zdziwioną dziewczynę. Światło księżyca odbijało się w oczach
ukrytej pod kapturem twarzy. Leżący na ziemi worg usiłował jeszcze się podnieść
lecz w jego gardle wylądowała kolejna strzała.
„Teraz to już na pewno jestem
trupem.”
Z mało optymistycznymi
myślami, podniosła ręce w górę w geście poddania. Zakapturzona postać zbliżała
się. W drzewie tuż obok Iness wylądowała z brzdękiem kolejna strzała.
Dziewczyna zamknęła oczy przestraszona, czekając na wyrok śmierci.
- Neya! Nie wygłupiaj się bo
nam dziecko na zawał zejdzie! – rozległ się kobiecy głos.
„Laska?”
Zdziwiła się w myśli Iness.
Otworzyła niepewnie jedno oko, a potem drugie. Tuż przed nią stał cień z ociekającym
orczą krwią mieczem.
- Żyjesz? – rozległ się głos
spod kaptura. Jak najbardziej kobiecy.
- Ta, żyje… Jesteś kobietą? –
sapnęła zdziwiona Iness.
- Podobno – rozległ się
melodyjny, prawie śpiewający chichot za drzewem.
- Ja ci dam podobno – rzuciła
pierwsza postać w udawanym gniewie, zamachując się bronią w stronę cienia. –
Jestem Tamara.
- Iness…
Przedstawiając się,
wojowniczka zdjęła kaptur. Srebrny blask oświetlił jej twarz odbijając się w
jej dużych ciemnych oczach. W nocy Iness nie widziała jaki ma ona kolor włosów
schowanych pod płaszcz, ale był czarny lub do niego zbliżony. Błysnęła wesołym
uśmiechem i chciała schować broń do zaczepionej o pas pochwy. Z obrzydzeniem
zauważyła, że jest pokryta klejącą posoką.
- Bleee… Czemu one zawsze tak
brudzą? Neya wyjdź wreszcie! – zaczęła wycierać ostrze w trawę. – Ten tam cień
w krzakach to moja towarzyszka, Neya.
- Witaj! – zabrzmiał znów melodyjny
głos, tuż za Iness.
Dziewczyna odwróciła się
gwałtownie zaskoczona, że nie usłyszała jak ktoś do niej podchodzi. Po chwili
już się nie dziwiła. Towarzyszka Tamary zdjęła swój kaptur. Między długimi,
ciemnymi włosami wystawały koniuszki szpiczastych uszu. Neya była elfką.
Przerzuciła swój łuk przez
ramię i wyjęła strzałę wbitą w drzewo.
- Po co je marnować? –
zapytała beztrosko. Także miała duże oczy, ale lekko skośne, mały zgrabny nos i
bardzo jasną cerę.
- Tam, zwijamy się. Musimy
wrócić do obozu.
- Dobra, zaraz… Ej, powiedz mi
czemuś ty od razu nie zwiewała jak pozbyłaś się broni? – zapytała Iness
przekręcając jej sztylet w karku martwego orka i wyciągając go. – Swoją drogą
całkiem ładna zabawka…
- A no ładna. Mogę go
odzyskać? – poprosiła.
- Nie odpowiedziałaś na
pytanie.
- Och Tam, nie mamy czasu… -
narzekała Neya, opłukując w strumieniu groty strzał wyjętych z ciała worga.
- Próbowałam wykorzystać
niedawno zdobytą wiedzę, ale jak widziałaś za bardzo mi nie poszło…
- Czyli co robiłaś?
- Tamara!
- Oj no dobra… - wojowniczka
oddała sztylet właścicielce, po czym odwróciła się w stronę, gdzie jeszcze
przed chwilą stała jej towarzyszka.
- Czekaj! – zawołała Iness.
- Co?
- Pomożecie mi wyjść w stronę
miasta? Chyba trochę za bardzo się zakręciłam chodząc po ciemku w lesie…
- Neya? Parę minut nas nie
zbawi – zgodziła się Tamara.
Dwie młode kobiety skierowały
Iness w odpowiednią stronę i towarzyszyły jej do skraju lasu, aż między
drzewami było widać mury miasta. Właściwie trudno było określić ich wiek – w końcu
Neya była elfką, mogła mieć nawet kilkaset lat. Ale Tamara wyglądała na
dwadzieścia parę.
„Ciekawe czy jest dużo starsza
ode mnie… Nieźle walczy.”
Nie odzywały się zbyt wiele.
Pożegnały się w cieniu drzew, wskazując na mury. Gdy Iness odwróciła się, by
podziękować już ich nie było. Wyszła na polanę, kierując się na przełaj w
stronę wieży, przez którą się wydostała. Usłyszała cichy furkot za sobą, a
chwilę później w ziemię tuż przed nią wbiła się strzała. Dziewczyna odwróciła
się, wypatrując kogoś między drzewami, ale doszła do wniosku, że to i tak nie
ma sensu. Poszła dalej, lecz po kilku krokach cofnęła się i zabrała strzałę ze
sobą, mocując do paska obok sztyletu.
Pobiegła żeby trochę się
rozruszać i rozgrzać. Po paru minutach dotarła do bocznych drzwi. Przyłożyła
ucho do szczeliny zamka, by posłuchać czy strażnicy nadal piją. W środku było
cicho.
„Mam tylko nadzieję, że nie
jest zamknięte…” – zaniepokoiła się.
Nacisnęła na klamkę. Drzwi
odskoczyły. Dziewczyna wślizgnęła się do środka i rozejrzała. Dwaj mężczyźni
siedzący przy stoliku nadal tam byli, choć trudno było powiedzieć, że nadal tam
„siedzą”. Ten co się tak wesoło śmiał, opierał głowę wtuloną w ramię na stole,
a drugi wygięty do tyłu na oparciu krzesła wspierał się dodatkowo o ścianę,
chrapiąc głośno. Iness nie chcąc tracić czasu przemknęła obok w stronę drzwi
prowadzących na korytarz. Przebiegła jak najszybciej ten odcinek docierając do
wierzbowego zagajnika.
„Mam nadzieję, że Feligor śpi,
bo chyba mnie zatłucze.”
Okrążając dom od strony biblioteki
i kuchni, zaglądała w kolejne okna, by sprawdzić czy nie ma tam przypadkiem
czarodzieja. Wślizgnęła się do swojego pokoju i odetchnęła z ulgą w ciemności.
No i się zdziwiła.
Gdy tylko zamknęła za sobą
drzwi i skierowała się w stronę łóżka, w kominku buchnął ogień. Na środku stał
Feligor, spoglądając w płomienie.
- Wesoło było? – zapytał nie
patrząc na nią.
- To już nawet przejść się nie
mogę? – krzyknęła w samoobronie.
- Możesz.
- Więc o co ci chodzi?
- O to, że szlajasz się po
nocach gdzieś poza miastem, gdzie nie wiadomo co może się zdarzyć! – odkrzyknął
czarodziej.
- Skąd wiesz gdzie byłam?
Chciałam się przejść po ogrodzie…
- Nie kłam, ja dużo wiem i to
nie ma sensu – przerwał. – Nie rób tego więcej jeśli nie będziesz pewna, że
sobie poradzisz!
- Z czym miałabym sobie nie
poradzić? Z chodzeniem po ciemku?
- Już dobrze wiesz o czym ja
mówię. Wyśpij się. Rano pogadamy o tym czy chcesz dalej u mnie mieszkać czy
może wolisz „więcej wolności”.
Po tych słowach mężczyzna
minął ją i wyszedł. Kiedy zniknął z pola widzenia, ogień zaczął przygasać.
Osłupiała Iness podeszła do łóżka i położyła się obserwując znikający w
gęstniejącej ciemności sufit.
„On wie! Dlaczego on zawsze
wszystko wie?!”
Z tą zagadką zasnęła.