piątek, 5 kwietnia 2013

Trochę prozy

Wieczorna ucieczka


„Muszę się wyrwać. Odpocząć, pomyśleć…”
Jak pomyślała, tak zrobiła. Iness wyjrzała cicho na korytarz. Nigdzie nie było widać czarodzieja, ani tego dziwnego kota. Ostrożnie zamknęła drzwi do swojego pokoju i podkradła się do wyjścia. Wymknęła się na dwór. Był zmierzch. Widoczność nie była jeszcze taka zła, ale niedługo będzie całkiem ciemno. Przebiegła na palcach za tył domu uważając na okna. Pamiętała z ostatniego spaceru z magiem, że było tam przejście między drzewami do zamku, a stamtąd było blisko do bocznego wyjścia z miasta.
Doszła do rzeźbionego łuku z wierzbową zasłoną, odgarnęła liście. Przed jej oczami pojawiła się ściana zamku i drewniane drzwi. Dziewczyna upewniła się, że w pasku na udzie ma swój sztylet – tak na wszelki wypadek – jak zwykła mawiać. Dostała się tamtędy na korytarz w zewnętrznym murze zamku. Pobiegła w lewo, aż dotarła do kolejnego przejścia. Tym razem prowadziło ono poza miasto. Niestety przez wieżę strażniczą.
Uchyliła drzwi i zajrzała do środka. W pobliżu nikogo nie widziała, więc weszła, dokładnie zamykając wrota. Najciszej jak tylko mogła przekradła się za stojącą przy załomie ściany beczkę. Gdy zza niej wyjrzała, dostrzegła dwóch strażników siedzących przy stoliku w kącie. Chyba mieli przerwę, bo rozmawiali wesoło popijając ze wspólnego dzbana. Iness zlokalizowała drzwi wyjściowe naprzeciwko miejsca, w którym siedziała. Jednak aby tam dotrzeć musiała przejść przez nie osłoniętą część pomieszczenia tym samym narażając się na wykrycie.
Po paru minutach jeden z pijących mężczyzn powiedział coś co uważał za wielce zabawne i aż położył się na stole drżąc ze śmiechu. Jego towarzysz wykorzystał tę chwilową nieuwagę pociągając długi łyk z dzbana. Dostrzegając swoją szansę, Iness pochylona podbiegła do drzwi i wyślizgnęła się na zewnątrz.
Wciągnęła do płuc świeże wieczorne powietrze i rozejrzała się. Po zboczu niewielkiego pagórka, wiła się stąd ścieżka prowadząca do szerszego traktu obiegającego miasto. Iness zbiegła w dół chichocząc cicho i ciesząc się chwilą wolności. Poszła kawałek na wschód oddalając się od wieży. Po lewej zaczynał się las. Im dalej szła traktem, tym gęściej rosły drzewa. W końcu widziała już tylko ciemny, nieprzenikniony pas o nieregularnych kształtach na horyzoncie.
Znalazła wąską ledwo widoczną ścieżkę prowadzącą między drzewa. Robiło się coraz ciemniej, ale potrzeba zgubienia z widoku zamku i myśli o czekającej na nią pracy w środku, pchała ją do przodu. Zbliżająca się noc nie była zimna, lecz wilgotne powietrze chłodziło cienko ubraną dziewczynę. Iness minęła pierwsze wysokie drzewa i pogrążyła się w jeszcze gęstszym mroku. Ogarnęła ją cisza.
 Przypomniała sobie dzień, w którym tu trafiła. Też szła przez las, robiło się ciemno, tylko było o wiele chłodniej – panowała zima. Może podświadomie liczyła na to, że znów trafi na portal, którym wróci do domu? Podobała jej się nauka magii i ta cała szopka wokół, ale chwilami miała już tego dosyć. Wrzeszczący na nią za każdym razem, gdy jej nic nie wychodziło, czarodziej nie był zbyt motywujący. Ludzie też dziwnie się na nią patrzyli w ciągu tych nielicznych wypraw poza oazę Feligora. Uparła się przy swoim stylu, więc nadal chodziła w spodniach i nosiła krótką fryzurę, co nie podobało się wielu mieszkańcom, szczególnie kobietom. Było to jednak bardzo praktyczne i ułatwiało codzienne ćwiczenia. Chyba by zwariowała, gdyby musiała biegać wszędzie w sukniach albo spódnicach.
Pogrążona w myślach nie zauważyła nawet jak daleko dotarła.
„Zgubiłam się? Zajebiście…”
Wyrwała się z zamyślenia i rozejrzała dookoła. Było już całkiem ciemno. Nie widziała już miasta, ani nawet jakiegoś prześwitu między drzewami. Nie miałaby takiego problemu, gdyby widziała chociaż ścieżkę. Widocznie musiała ona gdzieś skręcać, bo idąc prosto straciła ją z pola widzenia. W ciszy zakłócanej jedynie szumem liści nad głową dosłyszała cichy plusk wody. Mógł to być jakiś dopływ rzeki przechodzącej przez miasto, więc postanowiła iść jego śladem.
Strumyk nie był zbyt szeroki, ale to wystarczało, by pomiędzy drzewami dotarło do niego światło gwiazd i rosnącego księżyca. Iness musiała dosyć długo błądzić po lesie zanim się ocknęła, ponieważ czuła się trochę zmęczona. Usiadła nad brzegiem, opierając się o najbliższe drzewo. Wpatrywała się w gwiazdy. Jakże inne one były… Nie widziała żadnego znanego jej gwiazdozbioru, choć trochę tego było. Astronomia to była jedna z jej pasji.
Nagle usłyszała za sobą trzask gałązek i cichy szelest liści. W tym momencie dziękowała w myślach za godziny ćwiczeń z magiem, które miały wyostrzyć jej zmysły. Wysunęła sztylet i przykucnęła w pogotowiu. Kątem oka dostrzegła ruch gdzieś na prawo od siebie. Przesunęła się za pień, by zyskać choć minimalną osłonę. Wyjrzała zza drzewa. Dostrzegła kontur wielkiej szerokiej postaci pochylonej nad strumieniem.
„Ork?” – spojrzała krytycznie na swój sztylet.
„Dobra, może mnie nie zauważy…”
Kiedy znów wyjrzała zza pnia pojawił się drugi cień. Towarzysz stwora.
„Nie jest jeszcze najgorzej…”
W tym momencie pojawiła się trzecia sylwetka. Nie był to żaden humanoid. Ale nie było to też normalne zwierzę. Kształtem przypominało psa, lecz było o wiele większe…
„Worg! Kurwa worg!”
Tak, to był worg – czyli wielki wilk. Te dwie rasy czasami się ze sobą sprzymierzały. Jednak Iness zdziwiła się, że przebywają tak blisko dużego miasta. No chyba, że gdzieś w pobliżu jest ich więcej…
„No to mam przesrane… Jak mnie wyczują jestem trupem!”
Dziewczyna myślała gorączkowo co zrobić. Mogła spróbować oddalić się od przeciwników zanim ją zauważą, ale czuły słuch wielkiego zwierzęcia był sporą przeszkodą. Nie mogła jednak zostać w ukryciu, bo wiedziała, że w końcu wilk ją wyczuje i znajdzie. Walczyć? Z niewielkim sztyletem na trzech przeciwników nie miała większych szans.
W końcu usłyszała dźwięk, którego się obawiała. Wynaturzony pies zaczął warczeć – wyczuł intruza. Iness nie miała wyjścia, musiała stanąć do walki. I tak by nie uciekła, worg by ją doścignął nawet jeśli byłaby dobrą biegaczką. A nie była… Zaczekała aż któryś z głupich orków się zbliży. Gdy usłyszała kroki tuż obok siebie, podniosła się i korzystając z pnia, okręciła się dookoła wyskakując za bestią i wbijając jej sztylet w kark. Usłyszała bulgoczący dźwięk dławiącego się własną krwią orka. Kiedy stwór upadł na ziemię twarzą w piasek, Iness schyliła się, by wyciągnąć sztylet. Niestety broń utknęła między kręgami. Za nią czaił się już wielki wilk. Wybił się do skoku by powalić ją na ziemię i zagryźć. Jednak w połowie lotu w jego boku wylądowała strzała z drżącym, niebieskim pióropuszem.
Worg zwalił się ciężko na ziemię, sapiąc. Pozostały ork zdziwiony zaszarżował w stronę dziewczyny. Iness próbowała się skupić, by wywołać chociaż małą kulę ognia, co za pewne skutecznie przegoniło by stwora. Zawsze się dziwiła, że bohaterowie książek i filmów w najgorszym momencie nie potrafią zebrać się w sobie na zrobienie czegoś niezbędnego w danej sytuacji. Teraz sama nie mogła zebrać myśli, by rzucić jeden z najprostszych czarów jakie dotąd poznała.
W piersi biegnącego orka wylądowała kolejna strzała. Niestety to go nie zatrzymało. Iness odwróciła się i zaczęła biec. Po chwili usłyszała mokre mlaśnięcie i jęk. Zatrzymała się i zerknęła za siebie. Przed zastygłym w połowie kroku orkiem stała ciemna postać w kapturze, wyciągając zakrwawiony miecz z ciała umierającego stwora. Nowa postać odwróciła się spoglądając na zdziwioną dziewczynę. Światło księżyca odbijało się w oczach ukrytej pod kapturem twarzy. Leżący na ziemi worg usiłował jeszcze się podnieść lecz w jego gardle wylądowała kolejna strzała.
„Teraz to już na pewno jestem trupem.”
Z mało optymistycznymi myślami, podniosła ręce w górę w geście poddania. Zakapturzona postać zbliżała się. W drzewie tuż obok Iness wylądowała z brzdękiem kolejna strzała. Dziewczyna zamknęła oczy przestraszona, czekając na wyrok śmierci.
- Neya! Nie wygłupiaj się bo nam dziecko na zawał zejdzie! – rozległ się kobiecy głos.
„Laska?”
Zdziwiła się w myśli Iness. Otworzyła niepewnie jedno oko, a potem drugie. Tuż przed nią stał cień z ociekającym orczą krwią mieczem.
- Żyjesz? – rozległ się głos spod kaptura. Jak najbardziej kobiecy.
- Ta, żyje… Jesteś kobietą? – sapnęła zdziwiona Iness.
- Podobno – rozległ się melodyjny, prawie śpiewający chichot za drzewem.
- Ja ci dam podobno – rzuciła pierwsza postać w udawanym gniewie, zamachując się bronią w stronę cienia. – Jestem Tamara.
- Iness…
Przedstawiając się, wojowniczka zdjęła kaptur. Srebrny blask oświetlił jej twarz odbijając się w jej dużych ciemnych oczach. W nocy Iness nie widziała jaki ma ona kolor włosów schowanych pod płaszcz, ale był czarny lub do niego zbliżony. Błysnęła wesołym uśmiechem i chciała schować broń do zaczepionej o pas pochwy. Z obrzydzeniem zauważyła, że jest pokryta klejącą posoką.
- Bleee… Czemu one zawsze tak brudzą? Neya wyjdź wreszcie! – zaczęła wycierać ostrze w trawę. – Ten tam cień w krzakach to moja towarzyszka, Neya.
- Witaj! – zabrzmiał znów melodyjny głos, tuż za Iness.
Dziewczyna odwróciła się gwałtownie zaskoczona, że nie usłyszała jak ktoś do niej podchodzi. Po chwili już się nie dziwiła. Towarzyszka Tamary zdjęła swój kaptur. Między długimi, ciemnymi włosami wystawały koniuszki szpiczastych uszu. Neya była elfką.
Przerzuciła swój łuk przez ramię i wyjęła strzałę wbitą w drzewo.
- Po co je marnować? – zapytała beztrosko. Także miała duże oczy, ale lekko skośne, mały zgrabny nos i bardzo jasną cerę.
- Tam, zwijamy się. Musimy wrócić do obozu.
- Dobra, zaraz… Ej, powiedz mi czemuś ty od razu nie zwiewała jak pozbyłaś się broni? – zapytała Iness przekręcając jej sztylet w karku martwego orka i wyciągając go. – Swoją drogą całkiem ładna zabawka…
- A no ładna. Mogę go odzyskać? – poprosiła.
- Nie odpowiedziałaś na pytanie.
- Och Tam, nie mamy czasu… - narzekała Neya, opłukując w strumieniu groty strzał wyjętych z ciała worga.
- Próbowałam wykorzystać niedawno zdobytą wiedzę, ale jak widziałaś za bardzo mi nie poszło…
- Czyli co robiłaś?
- Tamara!
- Oj no dobra… - wojowniczka oddała sztylet właścicielce, po czym odwróciła się w stronę, gdzie jeszcze przed chwilą stała jej towarzyszka.
- Czekaj! – zawołała Iness.
- Co?
- Pomożecie mi wyjść w stronę miasta? Chyba trochę za bardzo się zakręciłam chodząc po ciemku w lesie…
- Neya? Parę minut nas nie zbawi – zgodziła się Tamara.
Dwie młode kobiety skierowały Iness w odpowiednią stronę i towarzyszyły jej do skraju lasu, aż między drzewami było widać mury miasta. Właściwie trudno było określić ich wiek – w końcu Neya była elfką, mogła mieć nawet kilkaset lat. Ale Tamara wyglądała na dwadzieścia parę.
„Ciekawe czy jest dużo starsza ode mnie… Nieźle walczy.”
Nie odzywały się zbyt wiele. Pożegnały się w cieniu drzew, wskazując na mury. Gdy Iness odwróciła się, by podziękować już ich nie było. Wyszła na polanę, kierując się na przełaj w stronę wieży, przez którą się wydostała. Usłyszała cichy furkot za sobą, a chwilę później w ziemię tuż przed nią wbiła się strzała. Dziewczyna odwróciła się, wypatrując kogoś między drzewami, ale doszła do wniosku, że to i tak nie ma sensu. Poszła dalej, lecz po kilku krokach cofnęła się i zabrała strzałę ze sobą, mocując do paska obok sztyletu.
Pobiegła żeby trochę się rozruszać i rozgrzać. Po paru minutach dotarła do bocznych drzwi. Przyłożyła ucho do szczeliny zamka, by posłuchać czy strażnicy nadal piją. W środku było cicho.
„Mam tylko nadzieję, że nie jest zamknięte…” – zaniepokoiła się.
Nacisnęła na klamkę. Drzwi odskoczyły. Dziewczyna wślizgnęła się do środka i rozejrzała. Dwaj mężczyźni siedzący przy stoliku nadal tam byli, choć trudno było powiedzieć, że nadal tam „siedzą”. Ten co się tak wesoło śmiał, opierał głowę wtuloną w ramię na stole, a drugi wygięty do tyłu na oparciu krzesła wspierał się dodatkowo o ścianę, chrapiąc głośno. Iness nie chcąc tracić czasu przemknęła obok w stronę drzwi prowadzących na korytarz. Przebiegła jak najszybciej ten odcinek docierając do wierzbowego zagajnika.
„Mam nadzieję, że Feligor śpi, bo chyba mnie zatłucze.”
Okrążając dom od strony biblioteki i kuchni, zaglądała w kolejne okna, by sprawdzić czy nie ma tam przypadkiem czarodzieja. Wślizgnęła się do swojego pokoju i odetchnęła z ulgą w ciemności. No i się zdziwiła.
Gdy tylko zamknęła za sobą drzwi i skierowała się w stronę łóżka, w kominku buchnął ogień. Na środku stał Feligor, spoglądając w płomienie.
- Wesoło było? – zapytał nie patrząc na nią.
- To już nawet przejść się nie mogę? – krzyknęła w samoobronie.
- Możesz.
- Więc o co ci chodzi?
- O to, że szlajasz się po nocach gdzieś poza miastem, gdzie nie wiadomo co może się zdarzyć! – odkrzyknął czarodziej.
- Skąd wiesz gdzie byłam? Chciałam się przejść po ogrodzie…
- Nie kłam, ja dużo wiem i to nie ma sensu – przerwał. – Nie rób tego więcej jeśli nie będziesz pewna, że sobie poradzisz!
- Z czym miałabym sobie nie poradzić? Z chodzeniem po ciemku?
- Już dobrze wiesz o czym ja mówię. Wyśpij się. Rano pogadamy o tym czy chcesz dalej u mnie mieszkać czy może wolisz „więcej wolności”.
Po tych słowach mężczyzna minął ją i wyszedł. Kiedy zniknął z pola widzenia, ogień zaczął przygasać. Osłupiała Iness podeszła do łóżka i położyła się obserwując znikający w gęstniejącej ciemności sufit.
„On wie! Dlaczego on zawsze wszystko wie?!”
Z tą zagadką zasnęła.

1 komentarz: